Gdy „góra” jest na „dole”

Miałem przyjemność brać udział w dyskusji dotyczącej zasad wyceny pewnego przedsięwzięcia.
Wraz z jej rozwojem, coraz bardziej przypominałem sobie historię budowy własnego domu i ustalania jego budżetu. Oczytany w internecie na dziesiątkach przykładów innych „inwestorów” znalazłem wreszcie solidnego wykonawcę, z którym zgodziłem się co do ceny i zakresu usług. (Był to naprawdę solidny wykonawca, któremu po zakończeniu budowy wystawiłem pozytywny list referencyjny). Spisaliśmy naszą umowę, która zadowalająco precyzyjnie określała pożądany przeze mnie zakres (tak mi się wówczas wydawało) i udałem się do sponsora, po aprobatę mojego projektu. Sponsor (bank udzielający kredytu hipotecznego) był równie zadowolony jak ja.

Miałem super plan który był sporządzony przy pomocy strategii wyceny porównawczej bazującej na modelach top-down (od ogółu do szczegółu). Ale gdy on zaczął „żyć” napotykaliśmy (wykonawca i ja) różne odstępstwa od modelowych założeń. A to lokalne warunki gruntowe były odmienne od uśrednionych, implikując solidniejsze fundamenty, a to inwestor (czyli ja) doprecyzowywał zakres dodając kształt dachówki lub szprosy w oknach. Za każdym razem powodowało to lokalne przekroczenia budżetu na poszczególnych kamieniach milowych mojej budowy. A tu mój sponsor wcale nie wykazywał elastyczności w kwestii budżetu, mówiąc – „Nie ma pan już zdolności kredytowej panie Arturze”. Gdy tylko tylko próbowałem polemizować z moim wykonawcą, pokazywał mi on estymatę robioną odwrotnie – bottom-up (od szczegółu do ogółu) i trudno mi było się nie zgodzić z jego wyliczeniami, bo bazowały one już na specyficznych obmiarach wykonywanych na budowie.
W tej sytuacji poprosiłem o nową wycenę bottom-up całej inwestycji. Lecz gdy się okazało że oznacza to wstrzymanie pracy na co najmniej 2 miesiące i perspektywę ukończenia budowy w kolejnym roku i także bez 100% gwarancji ceny (o ile nie mówiliśmy o budżecie przewyższającym 10x porównywalne budynki), to musiałem się zmierzyć z decyzją czy akceptuję tę niepewność ceny i zakresu, ale za to dostawałem dostatecznie wiarygodną dla mnie gwarancję, że budowa zostanie ukończona do grudnia.
Na szczęście, wykonawca okazał się na tyle wiarygodnym partnerem, że pokazywał mi w trakcie realizacji mojego przedsięwzięcia miejsca, gdzie możemy uszczuplić zakres bez utraty komfortu przyszłego mieszkańca, a jednocześnie nadrobić przekroczenia budżetu.

Wyciągając wnioski z tego osobistego przykładu i aplikując je do realizacji projektów mogę powiedzieć że:

  • Nigdy nie zaczynaj od zamknięcia ceny, do której później dorabiasz zakres. Obie strony wówczas będą niezadowolone ze współpracy.
  • Budżety porównawcze top-down, są z reguły niedoszacowane, bo nie mają zdefiniowanych precyzyjnie wszystkich okoliczności
  • Budżety bottom-up są pracochłonne w wykonaniu (zbyt wiele analiz) i z reguły przeszacowane, bowiem mają wkalkulowane zbyt wiele ryzyk
  • Obie strony powinny się kierować zasadą wzajemnego zaufania, bo tylko to prowadzi do sytuacji win-win

Oczywiście nie jest to moje genialne odkrycie, tylko kolejne przypomnienie reguł zdroworozsądkowych.

Nie zmienia to faktu, że w życiu będą pojawiały się takie patologie jak te które opisuje Maciej Aniserowicz w poście na temat Niewolnictwa w IT „..użerać się z klientami, którzy wychodzili z założenia że z pierwotnej umowy liczy się tylko termin i wynagrodzenie, a zakresem projektu można sobie dowolnie manipulować.”

Comments are closed.